Młode przypominają kuropatwy, łatwo też je pomylić z małymi perlicy. Podobno ciężko chowają się w małych pomieszczeniach czy wolierach. Zachowały instynkt dzikiego ptactwa: lubią przestrzeń, wolność i swobodę. Takie idealne warunki u mnie na wsi znajdują. Chodzą swobodnie po podwórku, ogrodzie, a nawet poza zabudowaniami gospodarczymi.

Uwielbiają penetrować wszelkie zarośla, i tam szukają spokoju. Niekiedy robią niespodzianki typu, że gniazdo z jajkami znajduję w najmniej prawdopodobnych miejscach. Czasami taką bezpieczną kryjówkę stanowią rozrośnięte kłęby bluszczu, bywa, że kabina kombajnu. Zielononóżki mają, bowiem niebywałą zdolność; potrafią fruwać i wskakiwać na niewiarygodne wysokości. Kiedyś ogrodziłam zabudowania trzymetrowym płotem, żeby nie wychodziły poza nie, bo wolność wolnością, ale lisów w okolicy sporo. Otóż trzy metry nie okazały się żadną przeszkodą.

Poradziłam sobie z ich potrzebą spokoju i wyizolowania się od otoczenia w ten sposób, że przygotowane w kurniku gniazda nakrywam ciemną folią. Wślizgują się pod nią i czują się bezpieczne, a ja nie muszę szukać jajek po wszystkich zakamarkach obejścia. Zwykle to skutkuje, choć niespodzianki zdarzają się i tak. Pomimo to, warto jednak pomęczyć się trochę z hodowlą tych niesfornych kurek, chociażby dla smaku jaj, które znoszą. Jajko zielononóżki jest minimalnie mniejsze od zwykłej kury hodowlanej, zazwyczaj ma kolor biały albo beżowo –szarawy. Smak niepowtarzalny. Nawet najświeższe jajko ekologiczne, od kur pasionych naturalnie i z wolnego wybiegu po ugotowaniu wydziela taki specyficzny zapaszek, od zielononóżek nie. Jest delikatniejsze w smaku i mam wrażenie – bardziej słodkie. Nie wspomnę o zaletach odżywczych: obniżony poziom cholesterolu nawet o kilkadziesiąt procent w stosunku do kur innych gatunków, samo zdrowie.

Mięso jest bardziej czerwone od zwykłych kur hodowlanych i kruche, ma niepowtarzalny smak dzikiego ptactwa. Rosół z niego smakuje przewybornie. Z innych zalet, wymieniłabym jeszcze wygląd zielononóżek. Pięknie popatrzeć, jak rdzawo – brązowo- szare stworki śmigają wśród zieleni trawy, a ich pióra falują na wietrze. W porównaniu ze zwykłą kurą, której pióra są raczej sztywne, upierzenie zielononóżek jest bardziej miękkie, elastyczne. Nazwa – „zielononóżki”, bo nogi ptaków są w kolorze zielonym. Nie jest to żadna ostra, rzucająca się w oczy zieleń, ale coś pomiędzy szarością a zielenią. Pięknie prezentuje się władca kurnika. Ogromny pomarańczowo – rdzawy, lśniący żabot na szyi rozlewa się daleko w stronę brązowo –szaro – czarnego tułowia.

A w miejscu gdzie wyrasta rozłożysty, połyskujący na zielono ogon, niespodziewanie dla kontrastu znajdujemy kępkę białych, delikatnych jak puch piórek. Jest to cecha charakterystyczna dla pana zielononóżki. Ptaki niezwykle ruchliwe, dużo biegają, zależy oczywiście od warunków, ale w sprzyjających potrafią same znaleźć pożywienie. Trochę płochliwe, szczególnie młode. Do tej pory nie udało mi się dochować potomstwa tych ptaków przez wysiadywanie jaj przez zielononóżkę choć czytałam, że posiadają duży instynkt macierzyński. To pewnie dlatego, że staram się nasadzać stosunkowo wcześnie: w maju, czerwcu tak, żeby młode do zimy zdążyły dorosnąć. Radzę sobie w ten sposób, że jajka podkładam pod kwokę zwyczajnej kury, i się udaje. Oczywiście warunek, że w hodowli zielononóżek jest kogut i jajka są zapłodnione.

Po wylęgu najlepiej młode zostawić przy kwoce jak najdłużej, chodzi z nimi po obejściu i opiekuje się nimi, a co ważniejsze, nocami pod rozpostartymi skrzydłami młode zielononóżki znajdują bezpieczne schronienie i ciepło. Namawiam do hodowli tych ruchliwych kurek. Szczególnie gospodarstwa agroturystyczne, które gościom oferują zdrową żywność, powinny o tym pomyśleć.